– Tempo meczu było naprawdę wysokie. Cieszy, że uczestniczyliśmy w fajnym piłkarskim widowisku. A efekt końcowy? Cóż, mógł być inny. Skuteczność to jednak podstawa, aby wygrywać – mówi Tomasz Górkiewicz, szkoleniowiec rezerw Podbeskidzia, które na półmetku starcia drużyn wzmocnionych zawodnikami występującymi odpowiednio na boiskach II i III ligi były bliższe zgarnięcia punktów.

Przyjezdni w pierwszej części spotkania zbudowali więcej ciekawych akcji zaczepnych. Aktywny był Kacper Gach, którego strzał z 6. metra odbił w kapitalny sposób bramkarz Kacper Wieczorkiewicz. Cel mijały za to uderzenia Grzegorza Janusza obok słupka i Lucjana Klisiewicza nad poprzeczką. Wyjątek to minuta 39. Piłkę przejął Bartosz Florek, przeprowadził szarżę prawą stroną, by dośrodkować na głowę wbiegającego i finalizującego ofensywny wypad Klisiewicza. Równocześnie tylko raz gospodarze zmusili do poważniejszej interwencji strzegącego „świątyni” Podbeskidzia II Szymona Brańczyka.

Nic pozytywnego z perspektywy bielskiego zespołu nie wydarzyło się po przerwie. W 63. minucie Kamil Komandera i w 71. minucie Michał Fidziukiewicz zdobywali gole po szybkich atakach goczałkowickiej „dwójki”. Pozwoliły one przechylić szalę na rzecz LKS-u, choć okazji, aby wywieźć co najmniej punkt „Górale” mieli sporo. Wieczorkiewicz raz po raz błyszczał bramkarskimi umiejętnościami, kiedy stopował uderzenia Gacha z rzutu wolnego czy Janusza.

– Z niedosytem skończyliśmy mecz. Szkoda, bo było kilka takich akcji, którym brakowało „domknięcia”, a znacznie łatwiej my daliśmy się zaskoczyć przeciwnikowi – ocenia Górkiewicz.