Znaczącą większość łupów sierakowiczanie zgarnęli jednak podczas ligowych "domówek", a w roli zespołu przyjezdnego raptem raz cieszyli się z pełnej puli. I ten aspekt dawał zrozumiałe nadzieje, że punkty w Bielsku-Białej w niedzielny wieczór pozostaną. Tymczasem... gole kibice zgromadzeni w hali "Widok" oglądali wyłącznie po przerwie. To "rekordziści" zaczęli wynagradzać cierpliwość widzów i to, że wcześniej - mimo przewagi i większej liczby strzałów - nie dokonali jej przełożenia na rezultat.

W 22. minucie piłkę po przejęciu rozegrał Srdjan Ivanković, którego dogranie golem numer 7. w tym sezonie spuentował lewą nogą po dalszym słupku Guilherme Kadu. Podwyższenie prowadzenia gospodarzy stało się faktem w 26. minucie. Wartościowy przechwyt w środkowej strefie parkietu zaliczył Kacper Pawlus, popisując się natychmiast solowym wykończeniem od słupka. Ozdobą spotkania było to, co zawodnicy z Cygańskiego Lasu zaoferowali w 34. minucie. Dokładny wyrzut wykonał Michał Kałuża, zaś po przyjęciu piłki klatką piersiową doskonałym lobem - mimo bliskiej odległości od golkipera We-Metu, z wyczuciem wykazał się Franco Spellanzon. Przyjezdni niemal natychmiastowo odnotowali zysk ze swojej perspektywy honorowy, gdy Mateusz Madziąg "zdjął pajęczynę" uderzeniem z przedłużonego rzutu karnego, zaordynowanego po przewinieniu Spellanzona.

Po tym zdarzeniu, częściowo niwelującemu stratę przyjezdnych, inicjatywa należała do We-Metu. Było to natomiast konsekwencją wyniku korzystnego dla Rekordu i też pewności, że defensywa miejscowych nie zostanie sforsowana. A że była dziś szczelna zaświadczyły bezradne próby przeciwnika, wykorzystującego częstokroć grę z Oleksandrem Bondarem jako "lotnym bramkarzem".