Derbowa „demolka”
Jedyne zwycięstwo w tym sezonie Góral Istebna odniósł na inaugurację sezonu. Toteż jakąkolwiek zdobycz w Skoczowie należałoby rozpatrywać w kategorii niespodzianki.
Szybko stała się ona niemożliwa, bo skoczowianie byli do bólu skuteczni pod bramką przeciwnika. W 4. minucie piłka do bramki Górala wpadła dosyć dla gości pechowo, ale fakt jest taki, że „nastrzelenie” Kamila Kotrysa przez Andrzeja Łacka przyniosło radość zawodnikom Beskidu. W podobny sposób Dominik Polacek kapitulował w 16. i 25. minucie. Futbolówka spadała pod nogi Wojciecha Padło, który uderzył po dwakroć tak, że golkiper Górala nie miał szans na udaną interwencję.
Wynik premierowych 2 kwadransów rywalizacji derbowej był znamienny, aczkolwiek... – Jakby popatrzeć na przebieg gry, to nikt pewnie nie powiedziałby, że Beskid prowadzi 3:0. Gole jednak „zabiły” ten mecz, bo zostaliśmy postawieni w bardzo trudnym położeniu. Ciężko było myśleć o odrobieniu tak dużych strat – podkreśla grający trener zespołu z Istebnej Dariusz Rucki, którego podopieczni musieli pogodzić się także przed przerwą ze stratą gola numer 4. W 42. minucie Cezary Ferfecki zachował się przytomnie w pobliżu „świątyni” V-ligowego outsidera. Gospodarze inicjatywę przejęli już wtedy niepodzielnie, a trafienie przywołane jako ostatnie było konsekwencją kilku dogodnych szans dla podopiecznych Bartłomieja Koniecznego. Polacek bronić musiał m.in. próby Igora Kozyry (28. minuta) czy Łukasza Macury (34. minuta).
Skoczowska drużyna spuściła nieco z tonu po pauzie, czemu dziwić się nie ma co. Kilka niezłych szans stworzyli sobie w tych okolicznościach piłkarze Górala. Marek Tabacarz przegrał pojedynek z Konradem Kruckiem, a Jakub Kawulok i Dawid Colik sprzed „16” posyłali futbolówkę nad bramką. Problemów z oddaniem strzału celnego nie miał za to w 66. minucie Ferfecki, notując gola rzadkiej urody, atomowym uderzeniem odbijającym się po drodze od poprzeczki z odległego dystansu. Na dobicie, w minucie 88., Adam Waliczek obsłużył Michała Szczyrbę, który dopełnił dzieło „demolki” niżej notowanego konkurenta. Przyjezdni żałować mogli, że nie pokusili się choćby o gola honorowego. W 90. minucie Mateusz Krężelok został zastopowany w kluczowym momencie przez bramkarza Beskidu. Mecz miał również negatywny akcent w końcówce, gdy sędzia za „pyskówkę” odesłał do szatni Michała Pietraczyka.
– W końcu się odblokowaliśmy, strzelając piękne gole z dystansu. Kończymy rundę udanie, mimo licznych absencji w składzie, choć też z pewnym niedosytem, bo strata do czołówki jest niewielka, a kilka punktów więcej było w naszym zasięgu – zauważa szkoleniowiec skoczowskiego zespołu.