Goście z Wisły swej wyższości dowiedli po raz pierwszy w 23. minucie. Zza pola karnego doskonale przymierzył Artur Adamczyk, pozostawiając Wojciecha Barcika z koniecznością sięgania „za kołnierz”. Trudno mieć do golkipera GKS-u jakiekolwiek pretensje, tym bardziej, że już przed przerwą robił, co mógł, by jego zespół nie został sprowadzony przez rywala do parteru. Końcówkami palców odbijał m.in. strzały Rafała CywkiJakuba Marekwicy, które niechybnie zmierzały do siatki. Dobrą okazję dla WSS miał również Paweł Leśniewicz, lecz stając naprzeciw Barcik niedokładnie wypuścił sobie piłkę. Niejako „łabędzim śpiewem” określić można sytuację „Fiodorów” z 13. minuty, kiedy bliski powodzenia był główkujący Mateusz Janik, obsłużony dośrodkowaniem przez Miłosza Świniańskiego.

Kto myślał, że po zmianie stron Radziechowianie zechcą potwierdzić dobrą wiosenną formę, ten mógł jedynie przyklasnąć postawie ekipy z Wisły. W 58. minucie po prostopadłym podaniu Szymona Woźniczki lewą nogą z okolic 13. metra przymierzył nie do obrony Cywka. Ten sam ofensywny zawodnik WSS dobił przeciwnika w 70. minucie. Piłkę otrzymał na 10. metrze dość fartownie po strzale Dawida Mazurka, ale w finalizacji z zimną krwi ani krzty przypadku nie było. Przyjezdni mogli nawet coś do i tak okazałego dorobku wyjazdowego dołożyć. Próbę Cywki bramkarz GKS-u sparował na słupek, a Leśniewicz obił poprzeczkę. Niewiele to zmieniłoby zapewne w kontekście finalnego rozstrzygnięcia, ale w ostatnim kwadransie Patryk Pawlus oraz Igor Handzlik zmarnowali najlepsze dziś szanse GKS-u.

– Nie wyglądaliśmy za dobrze, niczego przy tym nie ujmując świetnie dysponowanemu rywalowi, któremu kompletnie się nie umieliśmy przeciwstawić – przyznaje samokrytycznie Sebastian Gruszfeld, szkoleniowiec zespołu z Radziechów.