„Rekordziści” mecz rozpoczęli od mocnego akcentu, wyraźnie dając do zrozumienia gospodarzom, że zamierzają wyjechać z Warszawy z tarczą. W 4. minucie Guilherme Kadu bezbłędnie wykorzystał pomyłkę bramkarza gospodarzy Tomasza Warszawskiego przy kornerze egzekwowanym przez Srdjana Ivankovicia. A warte odnotowania jest, że nie była to pierwsza z ofensywnych prób bielszczan. Prym w dalszej fazie premierowej odsłony wiodła jednak Legia, która z kolei dążyła usilnie do otwarcia swojego dorobku strzeleckiego. Tu nie można pominąć faktu aż 10 uderzeń, które poszybowało w światło bramki, doczekując się właściwych interwencji Michała Kałuży.

Co „legionistom” się nie powiodło przed pauzą, nadrobili w 23. minucie. Golkiper bielskiej drużyny uwijał się między słupkami, ale w końcu Eryk Sylla zmusił go do kapitulacji. Już wówczas dało się odczuć, że emocje w tym starciu będą aż do ostatniej syreny. W 34. minucie sytuacja z gola wyrównującego uległa powtórce. Znów Kałuża futsalówkę sparował po groźnym uderzeniu, ale Oskar Szczepański wykorzystał to, że nikt przed „świątynią” go nie przypilnował.

Decydujące fragmenty to na całe szczęście poprawa gry Rekordu. W 34. minucie Franco Spellanzon dograł do Michała Marka, który nic nie robiąc sobie z asysty obrońcy „na plecach”, przytomnie oddał strzał obok bramkarza Legii. Wreszcie też na korzyść ekipy z Cygańskiego Lasu nastąpiło rozstrzygnięcie. W 38. minucie koszmarny błąd defensywy miejscowych przyniósł szarżę Kadu, minięcie golkipera rywali i... efektowne uderzenie pod poprzeczkę na wagę wygranej w stolicy.