- Nie mam pojęcia, co wydarzyło się przez kwadrans tego meczu. Niemoc... Ludzki umysł jest cudowny, ale czasami chciałbym, aby moi zawodnicy myśleli prosto. Jak rzemieślnicy. Pracujesz do 65. minuty, aby prowadzić 4:0, a później sami decydujemy o tym, że przy większym pech mogliśmy stracić punkty. Na końcu jednak wygrywamy i to jest najważniejsze, ale wnioski musimy wyciągnąć - mówi Patryk Pindel, szkoleniowiec Spójni Landek. 

 

Przemsza na mecz ze Spójnią wyszła niezwykle zmotywowana i bez żadnych kompleksów. Trudno się dziwić, wszak zawodnicy tej ekipy nie mieli nic do stracenia. Ich ambicja, połączona momentami z twardą grą, poskutkowało faktem, iż w 30. minucie grali w "10" po czerwonej kartce (wskutek dwóch żółtych). O ile wcześniej charakter meczu był wyrównany, obie drużyny miały swoje szanse, tak w końcówce pierwszej części boiskowa inicjatywa należała do Spójni. W 44. minucie Giorgi Merebaszwili faulowany był w polu karnym rywala, a z "wapna" celnie uderzył Bartłomiej Ślosarczyk. Chwilę później było już 2:0 po trafieniu samobójczym zawodnika Przemszy. 

 

Druga połowa, do pewnego momentu, również układała się pomyślnie dla Spójni. W 59. minucie fenomenalnym uderzeniem wykazał się Merebaszwili. Były reprezentant Gruzji uderzył lewą nogą z dystansu, piłka odbiła się od poprzeczki, od słupka, i wpadła do bramki. Gdy w 65. minucie Miłosz Misala wykorzystał sytuację sam na sam wydawało się, że jest po meczu. Spójnia wygrywała w końcu 4:0 z ostatnią drużyną w tabeli, grała w przewadze... 

 

Futbol jednak potrafi zaskoczyć i tak też było w tym przypadku. W drużynie Przemszy obserwowaliśmy niebywały przepływ ambicji, przy jednoczesnym rozluźnieniu landeczan. Goście poszli po pierwsze trafienie, później po drugie, aż w końcu zrobiło się 4:3... Mało tego, Przemsza miała również okazję wyrównać. W 88. minucie przyjezdni ujrzeli jednak drugą czerwoną kartkę, co podcięło im "skrzydła" i finalnie Spójnia kontynuuje dobrą passę w lidze.