Finał - i to w jakim stylu!
Ostatnie potyczki Rekordu z Legią - ligowa i pucharowa - kończyły się po myśli stołecznych. Inaczej miało być w rewanżu, którego stawką była przepustka do walki o Puchar Polski.
Gospodarze do meczu przystępowali w trudnym położeniu - nie tylko mentalnym z racji wspomnianych porażek, ale i z koniecznością odrobienia straty sprzed tygodnia, gdy w Warszawie ulegli przeciwnikowi 3:4. Jakiekolwiek obawy czy broniący trofeum "rekordziści" wyzwaniu podołają, okazały się bezzasadne. Dziś bielski zespół zaprezentował kibice swoje najlepsze oblicze...
Aktywni od startu zawodnicy Rekordu - m.in. poprzeczkę obił Gustavo Henrique - "napoczęli" konkurenta w 8. minucie. Paweł Budniak wznowił grę z rzutu rożnego w sposób zaskakujący dla defensywy Legii i to również należy podkreślić w kontekście trafienia, które w zamieszaniu zaliczył Miguel Kenji. Strata została więc odrobiona, a na prowadzeniu w półfinałowej rywalizacji Bielszczanie byli już 120. sekund później po składnej akcji z asystą Henrique i wykończeniem Mikołaja Zastawnika. W 12. minucie rezultat powtórnie uległ zmianie. Guilherme Kadu fenomenalną próbą po uprzedniej solowej szarży pokonał bramkarza gości Tomasza Warszawskiego. To był krótki, aczkolwiek treściwy fragment, po którym to Legia znalazła się w nie lada tarapatach.
Ciąg dalszy zysków Rekordu to już druga połowa środowej konfrontacji. Uderzenie Budniaka z 25. minuty golkiper stołecznych odbił, lecz wprost pod nogi Zastawnika, który z wolejem z 3. metrów poprawił solidną zaliczkę "rekordzistów". Dopiero w 32. minucie swój moment radości mieli rywale. Wariant gry z tzw. lotnym bramkarzem przyniósł nieco przypadkowego gola Vladyslava Tkachenki, którego ustawionego obok Michała Kałuży "nastrzelił" Henri Alamikkotervo. Miejscowi jednak wyniku korzystnego sumiennie przypilnowali. Gdy Legia nie miała już nic do stracenia, w 39. minucie awans przypieczętował ekwilibrystycznie Zastawnik, kompletując hat-tricka w następstwie optymalnego wznowienia gry spod własnej "świątyni".