SportoweBeskidy.pl: Mówienie o kryzysie GLKS Nacomi w rozgrywkach wiosennych V ligi chyba żadnym nadużyciem nie jest. 2 remisy i 6 porażek to bilans bardzo kiepski. Co się dzieje w Wilkowicach?

Krzysztof Bąk:
Wpadliśmy w ewidentny „dołek”, z którego jest nam ciężko wyjść. Na pewno największym problemem jest to, że nie udało się utrzymać w drużynie Rafała HałataMateusza Fiedora. To właśnie ta dwójka dawała nam liczby z przodu. Teraz mamy wyraźne problemy z tworzeniem sytuacji podbramkowych.

SportoweBeskidy.pl: Zimą trafił jednak do klubu kwartet zawodników opuszczających IV-ligowca z Łękawicy. Nie powinniście być więc mocniejsi?

K.B.:
Faktem jest, że wzmocniliśmy się i to nawet nie teoretycznie, ale w praktyce sprowadzając podstawowych zawodników na poziomie IV ligi. Natomiast mówimy raczej o zawodnikach defensywnych, niż mających wpływ na kreowanie akcji i strzelanie bramek. Spodziewałem się, że środek pola będziemy mieli mocniejszy, zyskamy też coś z boku, ale nie funkcjonuje to wszystko tak, jakbyśmy chcieli, a konsekwencją są wyniki poniżej naszych oczekiwań.

Nawiasem mówiąc, na ten moment spośród zawodników zimą pozyskanych mamy kontuzjowanych Adriana Rakowskiego oraz Grzegorza Rzeszótkę i Kamila Gazurka, który sprokurował już 2 rzuty karne i ma na koncie czerwoną kartkę. Nie szukamy oczywiście winy u zawodników, ale akurat złożyło się tak, że spodziewaliśmy się czegoś więcej, a tu za bardzo nie ma widoków na jakąś znaczącą poprawę.


SportoweBeskidy.pl: Sezon po sezonie miało się wrażenie, że jako klub idziecie do przodu, teraz widać pewne zahamowanie. Może to zbyt wysokie progi?

K.B.:
Moim zdaniem trzeba wziąć pod uwagę to, że w obecnym sezonie poziom w V lidze jest wyższy, niż w poprzednim. Jest więcej zespołów, które porobiły fajne transfery i ściągnęły do siebie zawodników z doświadczeniem z wyższych lig, mamy bardzo mocne „dwójki”. Na nas należałoby też popatrzeć przez pryzmat tego, kogo w ostatnich latach traciliśmy. O Hałacie i Fiedorze już mówiłem, ale wcześniej przecież odchodzili Marcin Byrtek, Łukasz Szędzielarz czy Richard Zajac. To piłkarze doświadczeni, których trudno zastąpić, a my próbowaliśmy to robić głównie wychowankami, a radzą oni sobie z tym różnie. Moja diagnoza jest taka, że kilku zawodników – nazwijmy to typowych z Wilkowic – dotknęło swojego sufitu i ciężko im będzie zrobić coś więcej.

SportoweBeskidy.pl: Może w jakimś sensie czkawką odbija się awans „dwójki” do ligi okręgowej czy niezaprzeczalne sukcesy futsalowe?

K.B.:
Nie jest to łatwe do pogodzenia – to nie ulega wątpliwości. Utrzymanie na odpowiednim poziomie tak rozwiniętego zakresu dla klubu stanowi spore wyzwanie logistyczne. Liga okręgowa z założenia miała służyć wychowankom, którzy ten awans sobie wywalczyli, ale trochę się to rozjechało. Duża część zawodników z roczników 2006-2007 zdała maturę i poszła na studia, stąd ich dostępność w znacznie mniejszym wymiarze czasowym, aniżeli było to do tej pory. Trenując rzadziej w pewnym momencie czegoś brakuje. Pewnie latem będzie można coś nadrobić, gdy studenci wrócą do domów i będą do dyspozycji, ale zimą tej dotychczas szerokiej kadry w Wilkowicach nie było. Dodatkowo właśnie trzeba było podzielić się z rozgrywkami futsalowymi – i tymi młodzieżowymi, i seniorskimi. Jasne, że nie jest to nie do ogarnięcia, ale ograniczenie naszej liczebności, a przez to ilości i jakości meczów sparingowych, było odczuwalne. Jednocześnie futsalowe wyniki były dla klubu znakomite i tu duży plus. Trzeba być dumnym, że głównie wychowankami osiąga się takie wyniki na ogólnopolską skalę.

SportoweBeskidy.pl: Już zimą pojawiały się głosy o zmianie trenera „jedynki” GLKS Nacomi. Jest coś na rzeczy?

K.B.:
To mój 8. sezon pod rząd w pracy trenera tej drużyny więc pewne zmęczenie materiału rzeczywiście występuje. Uważam, że dotyczy to też samych zawodników, bo to odświeżanie szatni, które co sezon następuje, jest jednak bardziej takim maskowaniem. Nie brakuje w zespole piłkarzy, którzy przecież pod moimi skrzydłami rozwijali się jeszcze w wieku młodzieżowym i dalej tu są.

SportoweBeskidy.pl: Rozstanie jest zatem przesądzone?

K.B.:
Taka decyzja zapadła w jakiejś mierze jeszcze zimą na spotkaniu zarządu. Sam poinformowałem prezesa, że jeśli będzie taka możliwość, to chciałbym być tu w Wilkowicach nie dłużej, jak do końca czerwca. Zakładałem przy tym, że czeka nas bardzo ciężka runda ligowa i to się sprawdziło. Jeżeli nic się nie wydarzy, to chciałbym, aby te nasze ustalenia zostały podtrzymane i pora na zakończenie mojej przygody z klubem z Wilkowic. Szkoda, że nie udało się spiąć klamrą tych wszystkich sukcesów, bo trochę po drodze fajnych momentów było, także „tłustych” dla mnie jako trenera. Był to też czas mocno obciążający psychicznie, bo nie zawsze szło gładko.

SportoweBeskidy.pl: Największe sukcesy na przekroju tych mijających lat w klubie?

K.B.
: Przepracowanie bez żadnych przerw z młodzieżą dokładnie 13 lat. To bardzo dużo i każdy trener wie, że funkcjonowanie przez taki okres w klubie, z którego nikt nie chce wyrzucić, jest już samo w sobie osiągnięciem i potwierdzeniem rzetelnie wypełnianych obowiązków. Gdy przychodziłem tutaj struktury młodzieżowe były na dość kiepskim poziomie. Przy dobrej współpracy z panem Markiem Kubicą rozwinęliśmy mocno projekt Akademii Piłkarskiej „Młode Wilczki”. To takie moje „oczko w głowie”. Przez lata byłem koordynatorem szkolenia, a akademia rozwinęła się w ekspresowym tempie i osiągnęła poziom, którego pewnie nawet nie zakładaliśmy na starcie jako klub wiejski. Po drodze udało się wychować kilku trenerów, którzy w Wilkowicach zostaną i będą dalej pracowali. Cieszy mnie, że było komu przekazywać wiedzę jako bardziej doświadczony kolega po fachu.

Swoje sukcesy sportowe mieliśmy przez te lata. Mistrzostwo i wicemistrzostwo Polski LZS, młodzieżowe medale w futsalu, a prawdziwą miarą tej pracy jest ilość wychowanków wprowadzonych do seniorskiej piłki. Mówimy przecież o blisko 30 zawodnikach. Nie wszyscy dziś w klubie są i różnie się te ich kariery potoczyły, ale na pewno jako ludzie się rozwinęli i sporo dobrego wynieśli. Sportowo do odnotowania też przeskok z A-klasy do V ligi. Mieliśmy piękny sezon w A-klasie z kompletem zwycięstw, sezon w „okręgówce” z bodajże 80 punktami na koncie, awans na szczebel obecny i pierwszy w nim sezon na całkiem fajnym poziomie. Tych przyjemnych wspomnień zostanie sporo.


SportoweBeskidy.pl: A co przed klubem i jego ambicjami sportowymi?

K.B.:
Wiemy doskonale, że głównym determinantem są środki finansowe i budżet klubu. V liga to na ten moment maksimum, co tu mogło się w Wilkowicach wydarzyć. Wiadomo, że każdy ma swoją drogę i pomysł na siebie. Zdarzają się sytuacje, że pojawia się w jakimś klubie człowiek wykładający pieniądze i wtedy ta perspektywa jest inna. Patrząc jednak całkowicie realnie, V liga to optymalne miejsce. Przy odświeżeniu kadry, wprowadzeniu nowych twarzy, klub spokojnie sobie poradzi.