Na 10. sekund przed końcem meczu gospodarze rozmontowali defensywę Śląska, a strzał lewą nogą Matheusa z kilku metrów po podaniu od Pawła Budniaka zakończył lot w siatce. Wreszcie - można by rzec! Ani razu wcześniej tego nie udało się "rekordzistom" dokonać w pierwszym występie przed własną publicznością. Nie mogło to przynieść zarazem szczęśliwego finału w sobotni wieczór...

Bielszczanie, czego należało oczekiwać, byli stroną aktywniejszą i częściej "operującą" pod bramką konkurenta. Oddali blisko pół setki strzałów, z czego 13. było celnych. Aż 20. razy wznawiali grę rzutami rożnymi, obijali też aluminium - Edgar Varela w 27. i 34. minucie - ale futsal należy do tych dyscyplin, w których kluczowe znaczenie odgrywa ilość zdobytych goli. W tym aspekcie górowali dziś w Cygańskim Lesie futsaliści z Wrocławia, udowadniając, że brak porażek na wstępie sezonu nie jest dziełem przypadku.

Trafienia przesądzające o wyjazdowym, niespodziewanym skalpie Śląska goście odnotowali w 23. i 29. minucie. Oba były dziełem Liona Ribeiro de Souzy, a istotną w nich rolę odegrał napędzający ataki Wrocławian Leo Santana. Wpierw zaskoczył zasłoniętego Michała Kałużę mierzonym zagraniem przy słupku, następnie wykonał optymalną dobitkę własnego uderzenia po kornerze swojej drużyny. W przywołanych sytuacjach aż nadto widoczna była bierność biało-zielonej defensywy.