Marek Makarewicz: Oczekiwania kontra rzeczywistość się minęły
Cztery mecze ligowe wystarczyły, aby Marek Makarewicz zakończył pracę w Maksymilianie Cisiec. Decyzja zarządu była dla szkoleniowca częściowo zaskoczeniem, choć sam przyznaje, że zdawał sobie sprawę z rosnącej presji. W rozmowie z naszym portalem były już trener beniaminka Ligi Okręgowej Skoczowsko-Żywieckiej mówi o powodach słabego startu, problemach kadrowych, atmosferze w szatni, a także o tym, czego nauczyły go ostatnie miesiące.
SportoweBeskidy.pl: Jakie wiadomości otrzymał trener po naszej wczorajszej publikacji?
Marek Makarewicz: Pierwsi ruszyli zawodnicy. Chłopaki z Ukrainy są bardzo zaangażowani w klub i podziękowali mi za współpracę. Przy naszych pierwszych rozmowach pewne rzeczy były przedstawiane inaczej, a później inaczej się zmaterializowały. Panował trochę zbyt duży i nieuzasadniony optymizm. Ta „okręgówka” jest bardzo wyrównana, każdy się wzmocnił. W Ciścu również poczyniono wzmocnienia, ale były też odejścia i absencje. Nie tak to miało wszystko wyglądać. Mieliśmy zaplanowaną listę sparingów, ale np. mecz z Rotuzem musieliśmy odwołać, bo nie mieliśmy kim jechać. Kadra nie była więc tak szeroka, jak powinna być na ligę okręgową.
Oczekiwania kontra rzeczywistość po prostu się minęły. Nie przepracowaliśmy należycie okresu przygotowawczego, odwołaliśmy sparing z Rotuzem, a w Pucharze zagraliśmy bez siedmiu zawodników. To pokazuje, z jakimi problemami mierzyła się ta drużyna. W „okręgówce” jest teraz wyższe tempo gry, w każdym meczu trzeba dać z siebie maksimum. Co kolejkę mamy jakąś niespodziankę, co tylko pokazuje, jak ważna jest dyspozycja kadry na dany mecz. Szeroka kadra może zapewnić stabilność. Trzymam kciuki za drużynę i czas pokaże, czy kolejne ruchy okażą się dobrym rozwiązaniem.
SportoweBeskidy.pl: Decyzja zarządu o zwolnieniu była dla trenera zaskoczeniem? W końcu mówimy o czterech rozegranych meczach ligowych…
M.M.: I tak, i nie. Nie, bo wiedziałem, że prezes po dwóch meczach zaczyna się denerwować, ale z drugiej strony trochę jednak mnie to zaskoczyło. Nie graliśmy przecież z drużynami, które były w naszym bezpośrednim zasięgu, tylko z zespołami typowanymi do walki o górną część tabeli. Dobrym przykładem jest Sokół, który miał spaść, a finalnie się utrzymał. Trener dostał kredyt zaufania, trzon drużyny został utrzymany i teraz rewelacyjnie punktują. Ta drużyna zrobiła na mnie duże wrażenie. Niemniej przyjąłem decyzję zarządu do wiadomości. Taka była jego decyzja i ma do tego prawo. Prezes kieruje się emocjami, u mnie wyglądało to trochę inaczej, bo wolę rozmawiać o faktach i liczbach.
SportoweBeskidy.pl: Niemniej ten początek sezonu nie był zadowalający na pewno dla nikogo w Ciścu, także dla trenera. Potencjał kadrowy jest większy, niż wskazują na to rezultaty?
M.M.: Ten zespół odpali, przede wszystkim u siebie. Z czasem będzie tylko lepiej. Było widać, że zawodnicy, których nie było w okresie przygotowawczym, zaczynają wracać. Wiadomo, każdy chciałby, żeby za każdym razem scenariusz był piękny, ale tutaj takiego nie było. Na papierze ten zespół ma potencjał, natomiast absencje były dużym problemem i pewne rzeczy zostały zaniedbane. Zabrakło odpowiedniego przygotowania już w czerwcu, kiedy był wywalczony awans.
SportoweBeskidy.pl: Po naszym artykule pewna osoba zamieściła przyśmiewczy komentarz: "zwolnili go, bo nie znał rosyjskiego”. Abstrahując od ironii, komunikacja była jakimś problemem w szatni Maksymiliana?
M.M.: Absolutnie (śmiech). Wszyscy chłopcy z Ukrainy są od czterech lat w Polsce i wszyscy rozmawiają po polsku. Nie było żadnych problemów, dobrze się wkomponowali i zasymilowali. W Maksymilianie nie ma czegoś takiego, że szatnia jest podzielona kotarą, Polacy siedzą ze sobą, a Ukraińcy ze sobą. Jak ktoś chce przywalić, zawsze znajdzie kij.
SportoweBeskidy.pl: Odejście z Pietrzykowic po dobrych rezultatach, teraz zwolnienie z Maksymiliana. Jest to solidny bagaż doświadczeń dla, bądź co bądź, młodego trenera.
M.M.: Już nie takiego młodego, ale młodego stażem w piłce seniorskiej. Na pewno dwa razy bardziej zastanowiłbym się nad pewnymi ruchami. Może mogłem poczekać latem. W Pietrzykowicach osiągnęliśmy historyczny wynik, choć był trochę niedosyt, że nie udało się skończyć na drugim miejscu. Dalej kibicuję chłopakom i tyle.
SportoweBeskidy.pl: Wielu trenerów woli pracować z młodzieżą, najlepiej w renomowanej akademii. Pewne pieniądze, mniej presji… Czy to nie lepsza droga dla młodego szkoleniowca?
M.M.: W piłce seniorskiej jest więcej pieniędzy, mniej energii, ale zdecydowanie więcej nerwów i stresu. W piłce młodzieżowej trzeba być zaangażowanym jeszcze bardziej, zwracać uwagę na każdy detal. W skrzatach jesteś mamą, tatą, trenerem, psychologiem i taki godzinny trening może zmęczyć bardziej niż dwa treningi w seniorskiej piłce. Zawsze mnie do niej ciągnęło i ciągnie w dalszym ciągu. Tu są emocje, ale też zupełnie inny charakter pracy.
SportoweBeskidy.pl: Co dalej z Markiem Makarewiczem? Po ostatnim odejściu nie musiał trener długo czekać na ofertę.
M.M.: Na razie niczego nie szukam, chociaż już wczoraj otrzymałem propozycję innej pracy niż trener seniorskiej drużyny. Czas pokaże. Zaniedbałem rodzinę i teraz chcę poświęcić jej więcej czasu.