Długie sobotnie starcie, zakończone wszak dopiero rzutami karnymi, musiało pozostawić fizyczny ślad w szeregach obu kandydatów do zapewnienia sobie co najmniej srebra. Podobnie to, że "rekordziści" wybrnęli z trudnej sytuacji i przenieśli presję na stronę najlepszego zespołu ekstraklasowej fazy zasadniczej. Dzisiejszy mecz jednakże nie miał faworyta. Tzw. dyspozycja dnia, nieco więcej futsalowego łutu szczęścia, przebłyski indywidualności... - kilka aspektów należało uwzględniać jako potencjalnie kluczowe.

Na wstępie więcej argumentów ofensywnych mieli goście, którzy aktywniej budowali swoją akcje. W 5. minucie pierwszą sposobność do interwencji miał Krzysztof Iwanek, broniąc nogami płaskie uderzenie z dystansu Mikołaja Zastawnika. Za moment przebudzili się zawodnicy Eurobusu, ale efekt strzału Henrique Diniza był bliźniaczy - Michał Kałuża nie dał się zaskoczyć. Był to zarazem początek fragmentu gry, w którym golkiper Rekordu miał nieco więcej pracy, m.in. w 9. minucie instynktownie poradził sobie z próbą Rubena Santosa, a 120. sekund później po błędzie Zastawnika błysnął kunsztem przy następnym uderzeniu Santosa z bliskiej odległości. Jako wyborną określić można także szansę Nazara Szweda z 16. minuty, gdy niebezpieczeństwo zostało w zamieszaniu w porę zażegnane.

Biało-zieloni nie byli może tak kreatywni, ale za to - jak skuteczni! W 16. minucie gospodarzy rzutem wolnym totalnie zaskoczyli Miguel KenjiFranco Spellanzon. Strzał Argentyńczyka wcale wielkiej mocy nie miał, ale dokładność już wyśmienitą. Żałować wypada, że nikłą przewagą długo goście się nie nacieszyli. Nie dość, że Fabio Cecilio w 18. minucie w kontrze zmusił wreszcie Kałużę do kapitulacji, mierząc nie do obrony po dalszym słupku, to jeszcze Tiago Correia nieco szczęśliwie znalazł się w 19. minucie naprzeciwko golkipera Bielszczan, by posłać piłkę nad nim.

By marzyć o odwróceniu losów niedzielnej konfrontacji, "rekordziści" musieli szybko po zmianie stron złapać właściwy rytm. Co rusz nadziewali się na groźne wypady Eurobusu, a między słupkami, jak w ukropie uwijał się Kałuża. W 25. minucie do wyrównania wiele nie zabrakło, bo bezpośredni pojedynek stoczyli Zastawnik z Iwankiem. Zwycięsko z niego wyszedł golkiper. Za moment defensorów rywala przechytrzył Kacper Pawlus, by atomowym strzałem obić aluminium. Próbę podjął także w 32. minucie Paweł Budniak. Stopniowo potyczka zyskiwała równocześnie na ostrości, była częstokroć przerywana, co nie sprzyjało płynności gry. Nie przeszkodziło to ekipie z Cygańskiego Lasu w osiągnięciu celu. W 36. minucie Gustavo Henrique zgrał do Guilherme Kadu, który przymierzył obok słupka. Nieco wcześniej gospodarze dobrnęli do dopuszczalnego limitu fauli. Finisz to pełna dramaturgia. Przemyślanie pluć sobie mogli w brodę, gdy Cecilio w 38. minucie spudłował do opuszczonej "świątyni" po ominięciu Kałuży. Przy braku ciosu nokautującego, sędzia zarządził dogrywkę...

Oba zespoły dążyły do strzelenia "złotego gola" w premierowej części dodatkowego czasu. Najaktywniejszy pośród futsalistów Rekordu był Michał Marek, raz nawet sprawdzając czujność Iwanka. Druga "5-minutówka" to... wynik niezmienny, a z sytuacji przede wszystkim niebywały refleks Kałuży, którego na 27. sekund przed końcem próbował zaskoczyć z kilkumetrowej odległości Correia.

Rzuty karne? Wczoraj lepiej egzekwowali "rekordziści", dziś - było zgoła odmiennie. Ani Budniak, ani Kenji, ani Edgar Varela nie potrafili pokonać fenomenalnego Romana Kołtoka, który nie spędził wcześniej ani sekundy na parkiecie, by zostać bohaterem finalisty z Przemyśla...