Skoczowianie wicelidera V ligi się nie przestraszyli i dołożyli wszelkich starań, by goście nie mieli udanej soboty. To, co najważniejsze z perspektywy wyniku, to gole, których właśnie piłkarze Beskidu strzelili więcej od rywala. W 24. minucie Krzysztof Surawski idealnie dośrodkował ze skrzydła na głowę Pawła Baranowskiego, który zapewnił swojemu zespołowi zaliczkę do przerwy. Mogła być ona wyższa, ale bliźniacze trafienie rosłego obrońcy nie zostało uznane z racji spalonego.

Po zmianie stron strzelały obie drużyny. Na wyrównanie „Goczałów” z 73. minuty, piłkarze Beskidu znaleźli najlepszą możliwą odpowiedź. W 78. minucie wykonywali rzut rożny i o ile dobra wrzutka Cezarego Ferfeckiego pożytku jeszcze nie przyniosła, to poprawka Antoniego Krzaka umożliwiła dokonanie finalizacji głową Michałowi Pietraczykowi. Skoczowski zespół w taki sposób sięgnął po zasłużone zwycięstwo, bo wspomnieć należy, że w drugiej części przyjezdni 2 razy wybijali piłkę zmierzającą niechybnie do siatki po uderzeniach Igora Kaźmierczaka i Pietraczyka.

Nie wszystkie wydarzenia były jednak dla Beskidu dziś pomyślne. Przed upływem 2 kwadransów przy boisku w Skoczowie zameldowała się karetka, a to wobec poważnej kontuzji Jakuba Krucka, który przedwcześnie zakończył mecz ze złamaną nogą. To spowodowało, że rywalizacja stała się istną „nerwówką”, a arbiter do obu odsłon doliczył łącznie dwucyfrową liczbę minut.

– Nie wynik często świadczy o grze, bo dziś wcale nie po tak dobrym spotkaniu wygraliśmy, a poprzednio te punkty uciekały w okolicznościach, których możemy bardzo żałować. I szkoda tylko, że naszą radość zmąciła ta fatalna w skutkach kontuzja zawodnika, który wracał do swojej topowej formy... – mówi nam Bartłomiej Konieczny, szkoleniowiec V-ligowca ze Skoczowa.