– Zaskoczyliśmy przeciwnika, bo potrafiliśmy odbierać mu piłkę i prowadzić grę. Może nie przekładało się to na jakieś sytuacje dla nas, bo konkretów faktycznie brakowało, ale możliwości w pobliżu pola karnego się pojawiały – wyjaśnia Bartłomiej Konieczny, szkoleniowiec skoczowian, którzy jednak na przerwę udawali się w nastrojach nie do końca optymistycznych. Wszystko przez sytuację z 32. minuty, kiedy mimo wysiłków Konrada Krucka piłkę w siatce ulokował Michał Fidziukiewicz, wieńcząc jedną z nielicznych groźnych akcji „dwójki” LKS-u przed przerwą.

Przyjezdni nie zrazili się wynikiem niekorzystnym, dostrzegając to, że mocny przeciwnik jest do „ugryzienia”. Tym większa wiara pojawiła się w szeregach Beskidu w 61. minucie. Dośrodkowanie Cezarego Ferfeckiego trafiło na głowę Daniela Patera, który zapewnił swojej drużynie wyrównanie. – Wróciliśmy do gry o zdobycz punktową. Wydawało się nawet, że kolejna bramka dla nas jest kwestią czasu. Od 75. minuty postawiliśmy wszystko na jedną kartę, przechodząc na system gry z trójką obrońców. Chcieliśmy wygrać, czuliśmy, że to możliwe, a remis nas nie satysfakcjonował – kontynuuje trener skoczowskiego V-ligowca.

Ryzyko czasem niestety nie popłaca i tak było w przypadku zaległości odrabianej w Goczałkowicach. Gości skarcił Szymon Osipowicz, który w 85. i 89. minucie pokonał golkipera Beskidu. – Wdarło się rozluźnienie w końcówce, pozostawiliśmy rywalowi zbyt duże przestrzenie. Ale najbardziej boli to, że zwiesiliśmy głowy po stracie gola. Jestem jednak dobrej myśli, bo ten zespół pokazuje swoje możliwości – mówi Konieczny.