– Nie będę tego ukrywał – kamień spadł mi z serca. Zimą wykonywaliśmy mocną pracę, ale sparingi nie potwierdzały, że idziemy we właściwym kierunku. Teraz przyszło nam zagrać po raz pierwszy o punkty na specyficznym, małym boisku, gdzie gospodarze potrafią sprawiać rywalom problemy – mówi na wstępie Marek Makarewicz, szkoleniowiec zespołu z Pietrzykowic.

Goście nie wspięli się przeciwko outsiderowi na wyżyny swoich umiejętności, prezentując zarazem formę wystarczającą, by wyjechać z punktami. – Całkiem dobrze to wyglądało pod względem organizacji w obronie czy przechodzenia do ataku – przyznaje trener Borów, które już w 8. minucie miały przewagę. Po stracie Skałki precyzyjnym „rogalem” w polu karnym popisał się Jakub Sołtysik, zmuszając Michała Motykę do sięgania „za kołnierz”. I choć była to jedyna bramka, jaka padła w premierowej odsłonie spotkania, to inicjatywa po stronie przyjezdnych była oczywista. Kilka razy „świątyni” Żabniczan zagrażał aktywny z przodu Rafał Duraj, lecz defensorzy miejscowych wychodzili z opresji.

Równie szybko po pauzie padł gol numer 2. Składna akcja Borów przyniosła finalizację z 7. metra autorstwa Mateusza Zacnego, któremu dograł Adrian Dobija. Od tego momentu ekipa z Pietrzykowic skupiała się bardziej na defensywnych zadaniach, choć próby, jakie wykonywali Mateusz Pochopień i Jakub Gluza mogły przynieść Skałce gola kontaktowego. W 73. minucie było „po zabawie”. W następstwie rzutu rożnego piłkę do swojej bramki skierował Wiktor Wolny. Na honorowy zysk ekipa z Żabnicy zasłużył, jednak ani Robert Orzeł, ani Marcin Koźlik nie wykazali należytej trzeźwości umysłu w polu karnym zwycięzcy spotkania.

– Wstydu nie było, ale punktów też żadnych nie ma. Robiliśmy, co mogliśmy, natomiast obrazowo rzecz ujmując, mały fiat na autostradzie wiele mimo najszczerszych chęci nie zdziała – kwituje Tomasz Sala, szkoleniowiec Skałki.