Puchar swoje, liga swoje
Diametralnie odmienny był efekt kolejnej w odstępie kilku dni konfrontacji ekip z Wisły oraz Hażlacha.
Jeszcze w środku tygodnia w Hażlachu rywalizacja przebiegła pod dyktando Victorii, która w meczu pucharowym rozbiła przeciwnika 6:2. Wiadomym było, że rewanż ligowy będzie zupełnie inny. Raz, że spotkanie odbyło się w Rudniku, gdzie tylko formalnie piłkarze z Wisły mogli czuć się jako gospodarze, a poza tym zaistniały odmienne okoliczności natury kadrowej. Trener Damian Szczęsny nie mógł skorzystać z ważnych w swojej drużynie ogniw: Dawida Okraski czy Kacpra Brachaczka, z kolei w zespole wiślańskim do składu powrócili istotni zawodnicy w każdej z boiskowych formacji, a więc Konrad Chrapek, Patryk Tyrna i Rafał Cywka.
Co najważniejsze, metamorfozie uległy role, w jakich wystąpili konkurenci. – Spodziewałem się, że drugiego meczu z takim samym scenariuszem nie będzie. Może jednak mieliśmy gdzieś w podświadomości, że poradzimy sobie w miarę łatwo? Tym razem to my popełnialiśmy sporo katastrofalnych błędów indywidualnych – opowiada szkoleniowiec Victorii, która na murawie „nie zaistniała” w premierowej odsłonie konfrontacji. Szczególnie tyczy się to fragmentu pomiędzy 26. a 42. minutą, kiedy piłkarze WSS strzelili... 4 bramki. Najpierw Paweł Leśniewicz wykorzystał idealnie dalekie zagranie od Rafała Jacaka, stając „oko w oko” z bramkarzem gości. Wynik poprawił Dawid Mazurek, którego główka po wrzutce Kamila Janika znalazła drogę do siatki. Konkretny już „odjazd” wiślan stał się faktem wobec skuteczności Cywki – w 36. minucie nieco przypadkowo napastnikowi spadła pod nogi piłka po strzale Mazurka, zaś w 42. minucie dobił głową odbitą próbę Janika.
– Padło w szatni trochę mocniejszych słów i wyszliśmy na drugą połowę zmobilizowani. Na plus zadziałały też zmiany. Próbowaliśmy zrobić wszystko, aby jeszcze załapać się do gry – dodaje Szczęsny, którego zespół ruszył, gdy – to łudzące podobieństwo do starcia pucharowego – został osłabiony czerwoną kartką. W 57. minucie obejrzał ją Dominik Tomica. Zarówno w 60., jak i 65. minucie strzelec gola dla Victorii był ten sam – odzyskujący snajperski instynkt Kamil Szajter, najprzytomniej zachowując się w podbramkowych zamieszaniach. Ekipa z Hażlacha miała jeszcze inne szanse, m.in. Bartosz Żyła i Szymon Zrąbkowski po rzucie rożnym czy ponownie groźny dla wiślańskiej defensywy Szajter. Zamiast jednak nawiązania kontaktu, już w 90. minucie triumf i udany rewanż WSS przypieczętował Janik.
– Oczywiście, że okoliczności meczu ligowego były zgoła odmienne. Ale to, na co ja zwróciłbym szczególną uwagę, to zaangażowanie po naszej stronie, które było zupełnie inne. Za wszelką cenę chcieliśmy się odkuć i zgarnąć 3 punkty – oznajmia Marcin Michalik, szkoleniowiec wiślan.