Równo do czasu
Ciekawie zapowiadała się rywalizacja rezerw Podbeskidzia z GLKS Nacomi Wilkowice. Faworytem byli gospodarze, ale nie tak klarownym, by wykluczać niespodziankę.
Zacięta walka toczyła się na murawie w pierwszej części. Inicjatywę posiadali w niej zawodnicy bielskiej „dwójki” i też oni mieli więcej klarownych sytuacji. Znakomicie między słupkami „świątyni” GLKS Nacomi spisywał się Maciej Wielgus, który bronił m.in. strzały Kacpra Piątka II, Unaia Bujana czy Grzegorza Janusza, a Oskarowi Zawadzie zabrakło dokładności, by golkipera gości „zatrudnić”. Wilkowiczanie nie zamierzali skupiać się wyłącznie na defensywie. Na potwierdzenie rajd Rafała Hałata, który mógł przynieść powodzenie, lecz finalnie uderzenie powędrowało obok słupka czy groźne uderzenie Macieja Marca z dystansu. Raz też interweniować musiał Szymon Brańczyk, gdy głową w światło bramki strzelał głową po rzucie rożnym Dawid Kruczek.
Różnica zarysowała się za to po zmianie stron, a gole zdobywane przez „dwójkę” Podbeskidzia były konsekwencją rosnącej przewagi bielszczan. – Nie ustrzegliśmy się błędów, a też opadliśmy trochę z sił, co rywal bezwzględnie wykorzystał – zaznacza Krzysztof Bąk, szkoleniowiec ekipy z Wilkowic, która już rzadko niepokoiła „tyły” Podbeskidzia II.
Wynik drgnął wreszcie w 53. minucie, kiedy Janusz spuentował po przyjęciu podanie z głębi pola Maksymiliana Świty za plecy wilkowickich obrońców. W 75. minucie wykończenia dokonał Filip Małkowski, a bramka na 2:0 poważnie obciąża konto Marca, podającego wprost pod nogi bielskiego zawodnika. W doliczonym czasie meczu Nikodem Tumidajski został w „16” sfaulowany przez Kruczka, a idealnej okazji, by znów trafić „do sieci” nie zaniechał Janusz.
– Mecz toczony w dobrym tempie i na całe szczęście zmarnowane sytuacje z pierwszej połowy się nie zemściły. Cieszy fajna reakcja na przegrany finał sprzed kilku dni i to, że przebrnęliśmy przez to spotkanie bez żadnych strat „w tyłach” – ocenia Tomasz Górkiewicz, trener „Górali”.