W Pogórzu lepszą drużyną była dziś Wisła i trudno temu w jakikolwiek sposób przeczyć. Gościom mecz znakomicie się ułożył, bowiem w 6. minucie grający trener Mateusz Szatkowski idealnie dośrodkował w kierunku Artura Miłego, którego strzał głową znalazł drogę do siatki. Strumienianie mieli też szereg okazji, aby przewagę podwyższyć. Marnowali je m.in. Jakub Puzoń oraz Miły, którym na przeszkodzie stawał golkiper LKS-u. Zaprzepaszczone szanse nie zemściły się na przyjezdnych, a mogły. Przy stanie 1:0 w dobrej sytuacji znalazł się Łukasz Hanzel, lecz w uderzenie włożył zbyt dużo siły, a za mało precyzji. Połowę zamknął... gol dający piłkarzom Wisły komfort. W sytuacji „oko w oko” z bramkarzem, jak należy zachował się Puzoń.

Gospodarze po zmianie stron próbowali losy spotkania odmienić, ale nijak nie potrafili przełamać szczelnej defensywy Wisły. Ta kontrowała groźnie. Już w 46. minucie z najbliższej odległości pomylił się Puzoń, później aktywny z przodu był Miły, powodzenie przynieść mógł również strzał Przemysława Kiełkowskiego z dystansu. Za zasłużone trzeba uznać, że w 95. minucie goście przypieczętowali wygraną. Artur Mąka „zacentrował”, a spokojnie po przyjęciu formalności dopełnił Szymon Wojtek. – Stworzyliśmy sobie chyba więcej klarownych sytuacji, niż w całej rundzie – przyznał trener Wisły, usilnie pracującej swoimi wiosennymi wynikami na miano rewelacji tej części rozgrywek.

– Nie ma co czarować rzeczywistości. Rywal miał zdecydowanie więcej okazji strzeleckich, przewyższał nas agresją, a sami też napędzaliśmy jego kontry. Z naszych starań za wiele nie wynikało przy dobrej organizacji gry Wisły – podkreśla z kolei Hanzel.