Zbyt wiele ważnych momentów premierowa część potyczki nie dostarczyła. W 11. minucie przewagę Rekordu udokumentował Martin Dosa, który nie zaniechał podania Miłosza Krzempka. Odpowiedź miejscowych nastąpiła, gdy Mykyta Możejko wygrał starcie z Michałem Kałużą. Generalnie jednak to było 20. minut ze wskazaniem na przyjezdnych.

Otwarcie drugiej połowy było z perspektywy "rekordzistów" idealne. W 22. minucie ponownie mieli o gola więcej na koncie, co stało się faktem po pressingu Mikołaja Zastawnika i "swojaku" Jarosława Żmijiwskija. I kiedy nie bez powodu wydawało się wówczas, że będzie to dobra okoliczność, aby przejąć kontrolę nad meczem, wydarzyły się rzeczy trudne do przewidzenia i... wyjaśnienia. W odstępie kilku minut zawodnicy Legii aż 3-krotnie zaskoczyli bielską defensywę. Tablica wyników w 32. minucie wskazywało jasno - 4:2 dla stołecznych, będących nieco bliżej zwycięstwa dziś i w końcowym rozrachunku.

Przy rezultacie "niebezpiecznym" kolosalną rolę odegrało dogranie Pawła Budniaka z rzutu rożnego i następujące tuż po nim trafienie Kacpra Pawlusa z 37. minuty - choć ostatnie w środowy wieczór, to dające biało-zielonym lepszą pozycję przed rewanżem. A że motywacji Bielszczanom nie zabraknie można być pewnym, wszak niemal dokładnie przed miesiącem "Legioniści" wyszarpali przy Startowej zwycięstwo ligowe...