Suma wielu nieszczęść
Wynik konfrontacji ekstraligowej Rekordu Bielsko-Biała z Górnikiem Łęczna jest skrajnie mylący, bo gospodynie nie były w niej bezradne.
Przyjezdne doczekały się zaliczki w 36. minucie. W sytuacji sam na sam Kinga Ptaszek nie dała rady zatrzymać Anny Rędzi. Nie był to jednak moment pierwszej połowy najważniejszy i najbardziej dotkliwy z perspektywy Rekordu. W doliczonym czasie gry autorka trafienia otwierającego wynik przedarła się raz jeszcze przez bielską defensywą, ale na bramkę samotnie nie popędziła, bo niezgodnie z przepisami zatrzymała ją Kristyna Janku. Konsekwencja akcji ratunkowej mogła być jedna – czerwona kartka i konieczność gry w niedowadze liczebnej przez całą drugą część potyczki.
– To był kluczowy moment tego spotkania, który mocno skomplikował nasz plan na mecz. Mimo tego potrafiliśmy jeszcze złapać kontakt i zdobyć bramkę wyrównującą – mówił po meczu w komentarzu dla klubowej strony Rekordu szkoleniowiec Mateusz Żebrowski, który wcześniej z postawy swoich podopiecznych mógł być względnie zadowolony. Gospodynie stwarzały sobie sporo sytuacji strzeleckich, choć zawodziła skuteczność. O zdobycz powinny się pokusić choćby przy pojedynkach „oko w oko” Darii Długokęckiej z bramkarką Górnika Natalią Piątek. Na przerwę udawały się w każdym razie z potężnym niedosytem, bo szczęście ewidentnie nie było po stronie „rekordzistek”.
W 49. minucie biało-zielone zupełnie zaskoczyły swoje rywalki, a konkretnie uczyniła to Roksana Gulec, oddając mierzony strzał z rzutu wolnego. Po godzinie zarysowała się dysproporcja w składzie osobowym i w okresie nieco ponad kwadransa ekipa z Łęcznej objęła wtórnie prowadzenie i po dwakroć je przypieczętowała w 74. i 79. minucie, by wyjechać z Bielska-Białej z pełną pulą.