– Mamy czego żałować i mam tu na myśli sytuacje, jakie byliśmy sobie w stanie stworzyć w pierwszej połowie – mówi Przemysław Pitry, szkoleniowiec żywczan, który nie miał po dzisiejszym meczu powodów do radości. Ta najdogodniejsza szansa Stali-Śrubiarnia to wyjście sam na sam Kacpra Mariana i brak egzekucji. W tym fragmencie spotkania bodaj jeszcze większe zmartwienie przyniosła kontuzja, która zmusiła grającego trenera gospodarzy do opuszczenia murawy.

Beskid lepsze wrażenie sprawiał po zmianie stron. Niecelne były jednak próby Michała Pietraczyka, Michała Szczyrby czy Kamila Kotrysa. Aż wreszcie nadeszła 83. minuta i strzał, na który z dalekiego, ponad 30-metrowego dystansu odważył się Cezary Ferfecki. Obrońca skoczowskiej drużyny uderzył na tyle kąśliwie, że Jakub Mojżesz, który przy interwencji dodatkowo poślizgnął się, nie zdołał futbolówki sparować. To zdarzenie przesądziło o maksymalnym łupie skoczowian.

– Ważne zwycięstwo, które jest następstwem tego, że potrafiliśmy dostosować się do warunków, w jakich przyszło nam zagrać. Piłka jest czasem sprawiedliwa i oddaje to, co się straciło niekoniecznie zasłużenie. Dziś rywal też miał swoje okazje, ale wygraliśmy my, a przecież były w tej rundzie mecze, które taki scenariusz przynosiły na naszą niekorzyść – zaznacza Bartłomiej Konieczny, szkoleniowiec gości ze Skoczowa.