Z pustym przebiegiem i niedosytem
Drużyny z przeciwnych biegunów tabeli zmierzyły się w Pietrzykowicach na otwarcie „majówkowej” serii gier w lidze okręgowej. Tej różnicy nie było widać w toku boiskowej rywalizacji.
– Przed meczem, zważywszy na naszą sytuację kadrową, braliśmy remis na tym trudnym terenie w ciemno. Jesteśmy po nim o punkcik do przodu i szanujemy tą zdobycz, ale już z przebiegu gry pewien niedosyt też jest – mówi Przemysław Jurasz, szkoleniowiec walczącego o utrzymanie Sokoła, który swoją sytuację w tabeli poprawił tylko nieznacznie.
Co ciekawe, podobne odczucia panowały po spotkaniu w szeregach Borów. – Dłużej utrzymywaliśmy się przy piłce i częściej przebywaliśmy na połowie przeciwnika. Ale nie potrafiliśmy przełamać jego obrony, choć i okazje ku temu były. Zagraliśmy nieskutecznie – to na pewno, ale też trzeba pochwalić rywala, który nie przypominał poziomem gry drużyny broniącej się przed spadkiem – komentuje trener gospodarzy derbowej konfrontacji Marek Makarewicz.
Ekipa ze Słotwiny przystąpiła do spotkania przy wąskiej kadrze osobowej, a najlepsze potwierdzenie kłopotów stanowi obecność w składzie wyjściowym 2 bramkarzy – Wojciecha Mroka między słupkami i Szymona Wojnara w polu. Nie przeszkodziło to przyjezdnym w stwarzaniu zagrożenia dla Borów. Czynił je głównie Seweryn Caputa, niebezpiecznie egzekwując rzuty rożne w obu połowach meczu. Wspomnieć warto też o strzałach Caputy i Kamila Urbańca, które bronił świetnie Sławomir Raczek.
Gospodarze również próbowali i również nie wykazali się należytą efektywności w aspekcie egzekucji. W kluczowych momentach blokowani przez defensorów Sokoła byli m.in. Gabriel Duraj i Adrian Dobija. Z kolei w 93. minucie Bory miały klasyczną piłkę meczową. „Oko w oko” z Mrokiem stanął Dobija, lecz strzał po ziemi golkiper odbił na rzut rożny. Po nim także zakotłowało się jeszcze w polu karnym Słotwinian, ale futbolówka za nic do siatki wpaść nie chciała.