– Wyczekiwaliśmy, co zrobi rywal, bo taka taktyka przyniosła nam też powodzenie niedawno w Cieszynie – zauważa Łukasz Hanzel, grający trener pogórzan, odnosząc się do taktyki swojego zespołu na wyjazdowe starcie z Victorią. I tym razem koncept obrany przez gości zdał egzamin...

Przed pauzą zawodnicy z Pogórza przeprowadzili jedną akcję, która zakończyła się golem. Do środka ze skrzydła zszedł Piotr Ćwielong i po „rogalem” po dalszym rogu zaskoczył Wojciecha Czendlika, który mógł w tej sytuacji zachować się lepiej, wszak wydawało się, że piłkę jednak zdoła chwycić. Młody golkiper Victorii stanął z kolei na wysokości zadania, gdy rutynowany snajper LKS-u stanął z nim „oko w oko” po podaniu Daniela Szwarca. Czendlik nie dał się oszukać i bez trudu złapał „podcinkę” Ćwielonga. Gospodarze pewne ofensywne próby również podejmowali, głównie poprzez licznie egzekwowane rzuty rożne czy wrzutki w pole karne. Skomasowana defensywa ekipy z Pogórza na owe dośrodkowania reagowała jednak właściwie.

W przerwie trener Hanzel desygnował na murawę Mateusza Wieję w miejsce kontuzjowanego Szwarca i właśnie ta roszada okazała się przysłowiowym strzałem w „10”. W pierwszym swoim kontakcie z piłką pomocnik LKS-u dopadł do wyrzutu z autu Tymoteusza Hernika, by uderzeniem w „krótki” róg podwyższyć wynik na 2:0. – Tym bardziej mogliśmy realizować to, co sobie przed meczem założyliśmy. To był z naszej perspektywy scenariusz idealny – klaruje szkoleniowiec LKS-u, który w efekcie końcowym sięgnął po 3. zwycięstwo z rzędu w lidze, choć nerwowej atmosfery uniknąć się nie udało.

Raz, że w 85. minucie fenomenalną przewrotką z okolic „16” w samo okienko popisał się Dominik Tomica, czyniąc rezultat „stykowym”. Co więcej, miejscowi atakowali w tym fragmencie zaciekle, ale strzały Kamila Szajtera, Kacpra Brachaczka czy Patryka Kabiesza nie przyniosły im pożądanego skutku w postaci odrobienia całości strat. Ostatnie minuty obfitowały także w złośliwości i faule, często nie mające wiele wspólnego z duchem gry. W 87. minucie murawę przedwcześnie opuścił Bartosz Żyła, który „skosił” szarżującego Ćwielonga. W doliczonym czasie nadmiar kartek skompletował Wieja. A już po zakończeniu spotkania na „cegłę” zasłużył zdaniem arbitra Sylwester Kawulok.