W 43. minucie zawodnicy WSS zadbali o pierwszą ozdobę meczu. Z bocznego sektora piłkę dorzucił precyzyjnie Seweryn Tatara, a na bezpośredni strzał głową z okolic 12. metra zdecydował się Szymon Woźniczka. Decyzja ta była świetna, wykonanie... jeszcze lepsze, bo Rafał Pępek tylko odprowadził futbolówkę wzrokiem do siatki. Gole co najmniej o takiej samej urodzie gospodarze strzelali w krótkim fragmencie gry po pauzie. W 48. minucie Wiślanie ruszyli z kontrą, a jej zwieńczeniem było atomowe uderzenie Jakuba Marekwicy z lewej nogi „pod ladę”. Golkiper Smreka bezradnie rozłożyć mógł ręce również w 52. minucie. Po przechwycie z odległości blisko 30-metrowej huknął Dawid Mazurek, zdejmując „pajęczynę” w bramce gości.

Czy owe efektowne trafienia były następstwem pełnej dominacji ekipy z Wisły? Nic bardziej mylnego. – Początek mieliśmy bardzo słaby. Przez mniej więcej 30. minut meczu niewiele mogliśmy zrobić i zostaliśmy przez rywala zdominowani – przyznaje trener miejscowych Marcin Michalik.

Na potwierdzenie – już po kilkunastu sekundach Piotr Górny uderzył w słupek bez reakcji Kacpra Fiedora, następnie po kornerze w poprzeczkę wymierzył Szymon Stawowczyk, w dogodnej sytuacji chybił po urwaniu się defensorom WSS Nazarii Melnyk, a „szczura” Harolda Valencii po stałym fragmencie chwycił bramkarz gospodarzy. – Nie wykorzystaliśmy swojego momentu, a w piłce liczą się gole, bo nic nam z tego nie przychodzi, że znów jesteśmy chwaleni za swoją grę – mówi Maciej Mrowiec, szkoleniowiec Smreka.

Reprezentant Żywiecczyzny cieszył się w Wiśle tylko w 68. minucie. Vinicius Brito wykorzystał rzut karny, który sędzia podyktował w ślad za spóźnioną interwencją Tatary. Co ciekawe, i w tej odsłonie aluminium zostało obite, gdy gola numer 2. szukał bezowocnie Górny.