Emocjami, jakich doświadczyli sympatycy przyglądający się ligowej batalii na boisku ze sztuczną nawierzchnią w Tychach, można by bez trudu obdzielić kilka spotkań. Tyczy się to w szczególnej mierze drugiej połowie meczu, która przyniosła gole i niespodziewane zwroty akcji, a nade wszystko emocje aż do końcowych sekund rywalizacji. – Dla trenerów był to momentami ciężki mecz do oglądania przez wzgląd na zbyt otwarty futbol, ale już kibice mieli na co popatrzeć – przyznaje Wojciech Białek, szkoleniowiec gości z Czechowic-Dziedzic.

Czechowiczanom na wstępie potyczki towarzyszyła huśtawka nastrojów. Filip Gajda dobijając strzał Wojciecha Padły skierował piłkę do siatki, ale gola owego sędzia nie zaliczył z racji pozycji spalonej strzelca. W odpowiedzi w 9. minucie „dwójka” GKS-u egzekwowała rzut rożny, a Mikołaj Oleksy głową pokonał Miłosza Szczyrbę. Odrobienie strat nie było łatwe, bo miejscowi nieźle organizowali się „w tyłach”. Jedynie blokowane uderzenia Tomasza Dzidy oraz Gajdy zwiastowały, że MRKS będzie w stanie dopiąć swego.
 


Krótko po wznowieniu gry, z tercetem zmian zaordynowanych przez trenera, czechowicki IV-ligowiec ruszył do natarcia. Jakub Raszka w świetnej sytuacji przegrał pojedynek z bramkarzem gospodarzy, po czym... rywal podwyższył wynik na 2:0. Niebawem zasługą Szczyrby było to, że Łukasz Kopczyk nie zanotował kolejnego trafienia dla wyraźnie rozochoconych zawodników rezerw. I wreszcie, gdy na dobre upłynęła godzina spotkania, MRKS złapał przysłowiowy wiatr w żagle. W 64. minucie plasowany strzał Adama Matusza z 25. metrów znalazł drogę do „sieci”, a niespełna kwadrans później skutecznie próbę Raszki dobił z bliska Paweł Kozioł. Zabrakło wówczas przyjezdnym koncentracji, bo tyszanie wznowili grę od środka, a uderzenie Oleksego z dystansu w 78. minucie zaskoczyło wraz z rykoszetem golkipera MRKS-u. – Nie załamaliśmy się jednak i to trzeba drużynie oddać, że za wszelką cenę chciała wyjechać z punktami – komentuje Białek.

Wysiłki czechowiczan zostały nagrodzone w 86. minucie, kiedy rzut karny – w następstwie faktu powalenia w „16” Kozioła – na gola zamienił Dzida. I aż trudno uwierzyć, że niemal cały mecz „goniącym” rezultat przyjezdnym towarzyszył finalnie cokolwiek zrozumiały niedosyt. W doliczonym czasie przez rozjemcę strzał Dzidy bramkarz sparował na słupek, a Kozioł główkujący po kornerze ostemplował poprzeczkę „świątyni” rezerw GKS-u.