Wciąż niepokonany finalista
Znamy pierwszego finalistę pucharowych zmagań na Żywiecczyźnie. Wyłoniła go ciekawa potyczka, która do końca trzymała w napięciu.
Mecze pucharowe swoich faworytów czasem mają klarownych, ale kiedy spotykają się drużyny z tego samego pułapu rozgrywkowego, to z reguły wszystko jest możliwe. Konfrontacja w Radziechowach, gdzie do niepokonanych w tym sezonie gospodarzy zawitał LKS Leśna, miała swoje zwroty.
Piłkarze GKS-u zaczęli od stworzenia sobie dogodnej okazji na gola, ale podanie Ivana Lukianenki nie znalazło wykończenia uderzającego obok słupka Bartosza Kusa. W jakimś sensie to się zemściło, bo w 13. minucie podopieczni Mateusza Stankiewicza objęli prowadzenie. Do prostopadłego podania do Łukasza Łodziany ruszył również bramkarz miejscowych Rafał Pawlus, a bezpośrednie starcie obu sędzia zakwalifikował jako faul. Tak dogodnych sytuacji, jak rzut karny nie zwykł marnować Marcin Byrtek. Nie był to jedyny gol z premierowej odsłony. W 33. minucie rzut rożny „Fiodorów” przyniósł zamieszanie przed bramką, które pokonaniem Pawła Góry wyjaśnił ładnym strzałem Krystian Zacny.
Nie było wątpliwości, który zespół przejął inicjatywę od startu drugiej połowy. W 52. minucie GKS był już w lepszym położeniu, kiedy dośrodkowanie Karola Kubieńca sfinalizował głową Lukianenko. Tuż po godzinie „wejście smoka” na pac gry odnotował Paweł Żurawski, który w okolicy 5. metra przyjął wrzutkę z rzutu wolnego, by przytomnie przymierzyć do siatki. Nie obyło się jednak bez nerwów z perspektywy gospodarzy patrząc. Zmarnowali kilka kontr, m.in. Kusa i Dominika Błachuta, by „zamknąć” mecz. W 82. minucie wierzyć w doprowadzenie do rzutów karnych mogli powtórnie goście z Leśnej, kiedy błąd przy kornerze popełnił golkiper Radziechowian, a trafienie zaliczono Mateuszowi Piątkowi. Zawodnicy LKS-u w końcowych minutach atakowali „na aferę”, aktywny był w ofensywie Jakub Jurowski, ale celu nie osiągnęli, choć w pewnym momencie gol na przedłużenie pucharowego spotkania wydawał się już bliski.
– Niepotrzebnie poszliśmy w pewnym momencie na taką wymianę z rywalem, który miał za dużo miejsca. Mogło się to źle skończyć, ale mimo „nerwówki” dowieźliśmy wygraną, z której się cieszymy – mówi Kamil Zoń, szkoleniowce świeżo upieczonego finalisty.