Premierowy kwadrans dawał nadzieje, że gospodarze jednemu z ligowych faworytów zdołają przeciwstawić się skutecznie. – Wyszliśmy wysoko, utrzymywaliśmy się przy piłce i wyglądało to z naszej strony całkiem obiecująco – opowiada trener bestwinian Sławomir Szymala, którego podopieczni jednak dali się niebawem zaskoczyć. Sędzia dopatrzył się przewinienia w polu karnym, którego dopuścił się Marcin Gołąb. Starcie z napastnikiem MKS-u nie było konieczne, bo piłka już zmierzała w ręce Kacpra Mioduszewskiego. Golkiper gospodarzy nie miał jednocześnie szans przy strzale z 11. metrów Mateusza Śliwy.

Również rzut karny zapewnił gola odrabiającym straty piłkarzom z Bestwiny. W 32. minucie po prostopadłym podaniu Krystiana Patronia zatrzymany niezgodnie z przepisami został Krystian Makowski. Dawid Gleindek sposobności, by doprowadzić do wyrównania nie zaprzepaścił. I kto wie, jak potoczyłyby się losy potyczki, gdy na krótko przed zejściem do szatni lędzinianie wtórnie za sprawa stałego fragmentu zmusili Mioduszewskiego do kapitulacji. Trafienie to następstwo „centrostrzału” Śliwy, którego żaden z defensorów nie zdołał w porę zastopować.

Po przerwie wątpliwości nie było żadnych, bo to przyjezdni dyktowali warunki gry i co istotne lepiej wytrzymali trudy spotkania kondycyjnie. Po nieco ponad godzinie podwyższyli prowadzenie za sprawą wzorcowej kontry, stawiając poprzeczkę bestwińskiej drużynie na tyle wysoko, że wynik nawet minimalnie z punktu widzenia miejscowych już nie poprawił się. Dobre parady bramkarza LKS-u zapobiegły zarazem porażce wyższych rozmiarów. – Zabrakło nam sił, aby cokolwiek wskórać. Wygrał lepszy dziś zespół – dodaje Szymala.